Aktualności

2008.12.05-07 Wieża Odyniec


Zimowa impreza w Odyńcu odbyła się w neogotyckiej wieży, położonej w środku lasu, po którym ponoć krążą dziki w strasznie dużych ilościach – zaleca się, by idąc w nocy za potrzebą mieć w jednej ręce kij a w drugiej siekierę w celach obronnych. Dzików nie zaobserwowano

...w sobotę po południu pojawił się jednak Dziad Proszalny – dziwny stwór, wyglądający jak skrzyżowanie samicy Yeti z Wołosem, który przy bliższych oględzinach okazał się być Żurkiem ubranym w wyliniałe kożucho-futro swego pradziadka. Jakie pobudki targały Żurkiem, by tak się ubrać – tego nie wie nikt (zapewne włącznie z nim samym). Tyle dobrego, iż od Żurka nie trzeba było opędzać się kijem tudzież siekierą…

Ale o samej imprezie. Jak to zazwyczaj bywa, rozpoczęła się w piątek klasycznym już wieczorkiem
integracyjno-zapoznawczym, podczas którego, przy symbolicznej skrzynce piwa/wina/wódki/miodu (wedle upodobań) opowiadaliśmy sobie wesołe dykteryjki, wspominaliśmy chwalebne czyny dokonane podczas minionych imprez oraz snuliśmy ambitne plany na przyszłość (podolska niech drży).
Oprócz gospodarzy (chłopaków z Krotoszyna i Kalisza) tego dnia przyjechały dwie przedstawicielki CHMIR-y (wyjątkowo nie CHMIRobusem – pewnie znowu nawalił), Zając , Gniewko, Szrama, wspomniany już Żurek vel Dziad Proszalny oraz piszący te słowa.
Piątkowa impreza, jako taka, częściowo przeniosła się na taras wieży tudzież do okolicznych lasów i tu była chyba najbardziej intensywna - leśne drogi atakowały kufelki a niebo najpiękniej oglądało się w pozycji na wznak z pobliskich krzaków….
W nocy pojawił się też święty (a raczej śląski) Mikołaj (gdyż był to 6 XII) i wszystkim obecnym rozdał koszulki ze Śląskim Orłem.

W sobotę pojawiło się kilka nowych osób – dwie od gospodarzy oraz uzupełniający się duet Mięki-Twardy. Do popołudnia zasadniczo nic się nie działo – ot, takie tam Ślązaków rozmowy i bajania. Po południu zaś rozpoczęła się gra terenowa. Polegała mniej więcej na tym, iż banda biegających po lesie zziajanych facetów, z wypiekami na twarzy, usiłowała dostać się do wieży (lub też uniemożliwić dostęp do niej przeciwnikom), Szpieg usiłował wykończyć załogę wieży lub zapalić w niej światło (oznaczające przegraną obrońców i załogi wieży) a warta w wieży tradycyjnie była pijana, ciągle piła, słuchała muzyki i za nic miała wysiłki innych. Jak łatwo się domyślić, wieża upadła, ale na usprawiedliwienie przegranych… a zresztą po co o tym pisać, tylko winni się tłumaczą (piszący te słowa był jednym z wartowników).
Sobota wieczór to standardowo biesiada. Bardzo fajna, bardzo kameralna (jak cała impreza zresztą), podczas której można było dowiedzieć się tego i owego o kulinarnych gustach Gniewka (cebula i rodzynki!!) oraz o preferencjach futbolowych większości obecnych (WKS!! WKS!!, Kolejorz!! A Legia hmmmm). Poza tym powstała nowa werbalna zabawa fekalna, ale może przemilczmy szczegóły, bo jest żenująca….
W nocy zaś o mało nie doszło do pożaru (tzn. doszło, bo jak zostało to określone – „jakiś debli (czyt. Szrama), położył pod kominkiem wiklinową skrzyneczkę z ciuchami, z kominka coś pizgło (czyt. płonące polano) i rzeczona skrzyneczka (oraz jej zawartość) lekko się nadpaliły”). Szybka i sprawna akcja zaprawionej w bojach OSP Silesia zapobiegła wybuchowi paniki, opanowała płomienie i uratowała życie i dobytek uczestników imprezy.

Niedziela to zasadniczo czas pożegnań, pakowań, podsumowań, posprzątań.
Nie było obiecanych dzików oraz śniegu, ale i tak było naprawdę rewelacyjnie. Fajny środek fajnego lasu, fajna wieża, fajni ludzie, fajny klimat, brak niefajnych osób postronnych – wszystko to sprawiło, iż było naprawdę fajnie.

Oby do Lubiąża….

Parys

ed

menu

najnowsza galeria

2010. 02 Zimowy Lubiąż 77

aktualizacje

2010.08.15

szukaj

polecane

generowano:
0.2662 s