Wspomnienia skryby uczestnika Oblężenia
Dzień 21 czerwca Roku Pańskiego 2008 był piękny i słoneczny. Śpiew ptaków rozchodził się po przyklasztornym parku, a dzieci biegały wzdłuż brzegu rzeki Odry ochlapując się wzajemnie. Jęczmień z okolicznych pól złożony już został w klasztornych spichlerzach, a braciszkowie poczęli w swym browarze wyrabiać z niego trunki.
Ach, ... na wspomnienie smaku grzańca lubiąskich cystersów, aż łza w oku się kręci, a i dech w piersi jakoby sam z siebie się zatrzymywał. Ach, ...gdybyż cel mojej wizyty w tamtejszym klasztorze się udał ... ale braciszkowie pilnie strzegą sekretów swojego trunku i pomimo kilku tygodni jakie tam spędziłem, nie udało mi się zdobyć receptury grzańca. Ach, ... rozmarzyłem się, a tu przecie o czym innym pisać miałem ...
Otóż dnia tego pięknego, ptaki śpiewały, dzieci pluskały się w wodzie, a wieśniacy pracowali na polu przylegającym do murów klasztoru.
W okolicy południa procesja braciszków idących na Anioł Pański przechodziła tymże polem, gdy nagle syn drwala Jędrzeja wypadł z parku wykrzykując coś. Zrazu myślałem że opętał go diabeł lub demon jakowyś, ale przecie południe się zbliżało, a wszyscy wiedzą że piekielne pomioty w nocy największą siłę mają i wtedy najczęściej duszę ludzką zabierają.
Tak więc ochłonąwszy trochę z lęku pierwszego, złapałem chłopaka i potrząsając nim, do przytomności go wróciłem. Na co on, miast podziękować mi za pomoc moją wielką, odepchnął mnie i do klasztoru pobiegł o jakowymś napadzie wykrzykując.
Nie minęło czasu wiele, gdy dzwony klasztorne na alarm bić poczęły. Fala ludzkiego potoku porwała mnie ze sobą, więc niewiele widziałem z pierwszych chwil ataku, jednakowoż ci którym zbiec się nie udało cierpieli podobno strasznie. Wojsko zaciężne, które dopuściło się świętokradczego napadu na klasztor, myśląc że braciszkowie się zlękną i bramy otworzą, wieśniaków poczęło torturować i palić okoliczne zabudowania. Dym z palonych domów nieba sięgał i dzień, nocy podobnym stwarzał, a jęki torturowanych po dziś dzień odbijają mi się w uszach.
Gdy tortury nic nie dały rozpoczęły się manewry pod murami, a wojsk nadciągało z każdą chwilą coraz więcej. Usłyszeć można było i niemieckie i czeskie komendy, a ludzie gadali że nawet francuski i norweski język przebrzmiewał gdzieniegdzie. Ale ludzie nieuczeni, to może nawet i języka jednego od drugiego rozpoznać nie umieją.
Po manewrach przyszedł czas na atak, który dzięki Opatrzności Bożej odparty został. Potem był kolejny i jeszcze jeden. I tak pacierz za pacierzem wszystko się ciągnęło, aż w pewnym momencie wszystko ustało. Ale jak się okazało była to przerwa jedynie, kiedy to rozjemcy obu stron paktowali. Czy coś uradzono? Nie wiem, bo nie mnie biednemu skrybie do wielkiej polityki się mieszać, ale niedługo po odjeździe mediatorów ataki na nowo rozpoczęto.
Walki trwały i trwały i żadna ze stron do zwycięstwa się nie zbliżyła. Postanowiono zatem, że Sąd Boży sprawę rozsądzi. Ale kogóż obchodzą walki rycerskie i to czy ten czy tamten lepiej mieczem władał. Ostatecznie stanęło na tym, że część wojska co przeciw klasztorowi walczyła, natchniona została i po słusznej stronie stanęła pomagając obrońcom zwyciężyć i atak niewiernych odeprzeć.
Po bitwie uczta wielka wyprawiona została, bo choć wszyscy zmęczeni wielce byli, to radości, że przeżyć się udało, końca nie było.
W lat kilka po zbójeckim napadzie, braciszka jednego spotkałem i od niego posłyszałem, że w lochach klasztornych, cystersi więźniów kilku trzymali i od nich próbowali dowiedzieć się co stało się z posłańcami, których w trakcie ataku po odsiecz wysyłali. Ale że odsiecz nie nadeszła, to i losu posłańców domyślić się można ...
spisał Skryba